Artykuł brał udział w konkursie „Jest takie miejsce…” organizowanym przez serwis internetowy Odyssei.com oraz tygodnik ?Angora?
Ludzie mówią, że nie ma już takich miasteczek, jak Tuchów. Zasadniczo mają rację, choć w samej tylko Galicji tak skrojonych mieścin jak ta: z ryneczkiem jak z obrazka, świętym Florianem pośrodku i resztką kocich łbów zachowanych przed asfaltem dla świętego spokoju, żeby się konserwator nie czepiał, znaleźć można jeszcze wiele.
Ale drugiego takiego nie ma. Ilekroć tu wracam i zakurzony, trzęsący się na zakrętach autobus skręca z Piotrkowic (nie ma lepszego jak ten widoków na dolinę rzeki Białej i pobliski Łowczówek, gdzie walczyła Pierwsza Brygada i gdzie jej żołnierze mają najpiękniejszy z galicyjskich cmentarzy z I wojny. Na polance w Piotrkowicach stał jakiś czas pomnik Największego Grzyba Świata, znalezionego tu 15 września 1977 roku przez Henryka Witkiewicza szmaciaka gałęzistego o wadze 15 kilo i metrowej średnicy kapelusza, ale już go nie ma – tego pomnika, bo go rozwalili nocą dyskotekowcy.) w dół, do samego Tuchowa, wjeżdżam tu jak do Księgi. Zapisywanej przez tutejszych.
Takiego nagromadzenia ludzi niepospolitych, jakie miał i ma Tuchów nie znajdzie się już nigdzie w Polsce. Taka jest prawda, i trzeba w nią po prostu uwierzyć.
Nie ma innej rady – w przewodnikach przecież o nich nie piszą. Można ich jedynie spotkać po drodze, ot tak – bo przecież nie są jakimiś ważnymi postaciami ani przewodnikami turystycznymi. Po prostu klepią tu swój żywot od poniedziałku po niedzielę, w niedzielę zwłaszcza politykując na czterech krawędziach w rynku. Drugich takich nie będzie i wtedy odmieni się świat, zbanalizuje jak tutejsze jarmarki, gdzie teraz sprzedaje się tę samą, co wszędzie tandetę.
Właściwie należałoby ich starannie zakonserwować, żeby mogli trwać wiecznie, ale komuż to przyjdzie do głowy w pozbawionym wyobraźni świecie?
Życie i działalność Majora Dudka
Major Dudek odszedł jako pierwszy z nich, ale już za życia był legendą.
Jak każdy wysokiej rangi oficer w stanie spoczynku, także i on cierpiał z powodu permanentnego braku wojny i przedłużającego się pokoju na świecie. Powiadano, że z tego powodu nabawił się osobliwej choroby: zawsze, kiedy zaostrzała się sytuacja w strefie Gazy, albo dochodziło do konfliktów w innych częściach świata, Majora strzykało w lewym kolanie. Co zresztą potwierdzała Majorowa, kobieta z Piotrkowic, którą Major za młodych lat poznał na słynnym tygodniowym odpuście tutejszym. Majorowa zresztą nie zdawała sobie sprawy, dla jakich powodów dochodzi do owego strzykania. Major nie miał wątpliwości.
- No! To mamy ładną sytuację! Połączyli się Niemcy. Jeszcze trochę, i dojdzie do wojny.
Zwoływał wtedy sztab, złożony z działaczy Ligi Obrony Kraju, siadali nad mapą Europy w Schronie, a potem wyjeżdżali do jedynego w Polsce Punktu Obserwacji Wybuchów Jądrowych, żeby oglądać przyszłe pole bitwy.
Jako naczelnik miasteczka, Major do perfekcji doprowadził obronność Tuchowa. Miała ją zapewnić armia, złożona z ?trzystu chłopa?, jak mawiał. A o spokój na tuchowskim niebie dbać miał w wolne soboty Edek Płachno, prawa ręka Dudka, w cywilu dyrektor Biura LOK. Edek wysyłany był w powietrze na motolotni i dokonywał odpowiednich obserwacji.
Major był artylerzystą przeciwlotniczym i zasadniczo nie uznawał niczego, co lata w powietrzu. Dlatego, kiedy Edek długo nie wracał z lotu, Major groził, że go zestrzeli.
Na wzgórzu Gadówka, dominującym nad miasteczkiem (rewelacyjnie widać stąd cały Tuchów, z najlepiej obrysowanym klasztorem Redemptorystów, a Tarnów, choć to do niedawna wojewódzkie miasto, maleje tu w oczach, co Majora szczególnie cieszyło) – kazał zbudować bunkier, ów wspomniany tu już Punkt Obserwacyjny. Jest to zachowany do dziś betonowy schron z podziałem na pokój dla oficerów i sale dla żołnierzy, wszystko na samym czubku wzgórza, ale starannie zamaskowane krzakami i schowane pod ziemią, rzecz jasna.
Major sądził, że pierwsze bomby spadną na Tarnów, dlatego z Punktu Obserwacji Wybuchów Jądrowych on będzie mógł te wybuchy obserwować.
Jego wojsko – jednostka formalnych oddziałów obrony terytorialnej nosiła specjalnie przez Majora zaprojektowane mundury, a czasami, po udanych manewrach, w wolne od pracy dni, defilowało wokół rynku. Major pozdrawiał ich, salutując, ze stopni ratusza.
Bywało, że wyjeżdżał na prawdziwe manewry, jeszcze, gdy był czynnym żołnierzem. Jego dwie córeczki nie bawiły się lalkami: Major przywoził im z poligonu repliki granatu zaczepno – obronnego F-1, łuski po pociskach i tym podobne militarne drobiazgi, żeby dziewczynki miały się czym bawić.
Był czas, gdy nadarzyła się sposobność sprawdzenia umiejętności jego wojska. Ogłoszono manewry ?Dunajec? i na teren gminy Tuchów zrzucono 7 komandosów, świeżo utworzonej jednostki ?Czerwonych Beretów?. Mieli wysadzić najważniejsze obiekty: ratusz, masarnie, piekarnię i budynek GS. Jeśli by do nich dotarli i zostawili karteczkę ?obiekt wysadzony?, należało uznać, że komandosi wygrali wojnę o Tuchów.
Major zmobilizował wszystkie siły, sztab, ulokowany w Bunkrze czuwał dzień i noc. Żeby niepotrzebnie nie szwendali się tu obcy, kazał też aresztować wszystkie miejscowe prostytutki, co prawdę mówiąc nie było trudne, bo Tuchów, jako małe miasteczko, posiadał jedynie dwie ladacznice.
Komandosi zostali wyłapani, co do jednego, ówczesny major Rozłubirski szalał ze złości.
- Jak mogliście się poddać tej cywilbandzie, na co Dudek zagroził, że Majora zastrzeli jak psa. W końcu musieli interweniować rozjemcy.
W tych stronach w czasie II wojny działała silna partyzantka ? batalion ?Barbara? 16pp. Armii Krajowej (dziś szlakami ich walk prowadza w tych stronach turystyczne trasy).
Jakoś tak się złożyło, że żaden z nich nie mieszkał w Tuchowie, a Major planował założenie przy LOK Klubu Seniora-Partyzanta. Dlatego zmuszony był do mianowania jednego z mieszkańców, który co prawda w czasie wojny miał ledwie 10 lat – partyzantem.
W schronie – niewielkiej piwniczce, Major urządzał wojenne narady. W jednej z nich, która przeciągnęła się do północy, uczestniczył gen. Zygmunt Huszcza, szef Zarządu Głównego LOK. Major poświęcił cielę i świniaka, przerobionego na wędliny, żeby załatwić tę podnosząca prestiż tuchowskiego wojska wizytę.
Akurat było tuż po zjednoczeniu Niemiec.
- Wojna wisi na włosku – powtarzał uparcie, musimy uruchomić wszelkie siły.
Ale tej nocy nie zdążył. Do schronu wpadła, forsując tylne drzwi, Majorowa, prosto z kuchni w pobliskim barze, gdzie pracowała.
- Ja ci dam wojnę! Natychmiast do domu, wiesz która jest godzina?
Major usiłował na próżno ratować sytuację, tłumacząc, że ten pan w wojskowym mundurze z czerwonymi lampasami na spodniach to generał, a pokój jest zagrożony.
- Ja ci dam wojnę! Ja ci dam generała. I rozpędziła całe towarzystwo. Generał salwował się ucieczką do hoteliku ?Miś? w rynku, do którego po godzinie, myląc czujność żony, dotarł także i sam Major.
Poniedziałkowy Księgonosz
W poniedziałki odwiedzał Urząd wysoki, chudy, i mimo zaawansowanego wieku postawny mężczyzna, pan Mazur. Na przygarbionym grzbiecie wlókł wytarty, wojskowy plecak, a w nim dziesiątki książek.
Znały go tu wszystkie panie Zosie z księgowości, panie Halinki z geodezji, panie Hanie od podatków.
Wiedział, co która lubi. Roznosił głównie ?mniszkówny? i ?inne miłosne autorki?, jak mawiał. Panom – ?tygrysy? z wojennej serii.
Poniedziałek był z powodu jego wizyt niemal dniem świątecznym. W każdym pokoju Poniedziałkowy Księgonosz miał coś do zaproponowania. A kiedy przychodziło mu do załatwienia urzędowego pisma, był obsługiwany poza kolejnością, ma się rozumieć.
W swojej starej chałupie pod Wielką Górą w Czermnej, gdzie mieszkał od przedwojnia (nie prowadzi tędy żaden szlak, ale warto się wydrapać na wierzchołek dla pysznych widoków na Jasło – część Podkarpacia jest wyjątkowo malownicza) trzymał w szafach, regałach i luzem prawie trzy tysiące książek.
Ludzie opowiadali, że w czasie okupacji przychodziła do niego miejscowa elita: listonosz, ksiądz i nauczyciel, a całe to towarzystwo, przy świecach czytało na głos Mazurowe książki.
Wszystkich nie przeczytali: wojna się skończyła, we wsi założyli światło. Wtedy Mazur z książkami w plecaku zaczął nosić swoje książki do Urzędu.
Sprzedawca batów
Dojeżdża w te strony z Ciężkowic (typowe galicyjskie miasteczko: święty Florian z piaskowca, najstarszy w okolicy, w kolorowym odzieniu rzymskiego legionisty. No i Skamieniałe Miasteczko, rzeźbione przez tutejszy deszcz, wiatr i mrozy, które tęgie bywają w dolinie Białej – z piaskowca, który wynurzył się przed tysiącami lat postaci wiedźmy, piramidy, ratusza, jak je kiedyś ponazywali ludzie z wyobraźnia, dodając legendę o karze za grzechy rozpustnych tutejszych ludzi. Z łba czarownicy z wielkim kamiennym nochalem zobaczyć warto, jak w dole iskrzy się Biała, omijając Warownię, największą ze skał w Skamieniałym Mieście).
Sprzedawca Batów Końskich. Już raczej z przyjemności handlowania, a może i przyzwyczajenia, bo handluje batami od wielu lat i niejedno końskie dupsko pamięta uderzenie batem, kupionym od niego właśnie.
Jeden z tych osobistości bez imienia. Po prostu sprzedawca Końskich Batów.
Baty ma solidne, rzemienne, i na wszystkie okazje. Te powszednie, do zwykłego zaprzęgu, takie przyzwoite, bogato zdobione, na niedziele i święta, kiedy konie muszą ładnie wyglądać.
To, że koni ubywa nie martwi go wcale. Oddalony od rynku, gdzie tętni jarmarczny, byle jaki już gwar, spsiały i marny jak cały zgiełk tego świata dystansuje się jakby w ten sposób od tego co tam się dzieje.
Kiedy pada, wszystkie miejsca pod okapami zajęte. Widziałem, jak pada na niego wielki deszcz, a on stał dumnie na swojej placówce, samotny. I ta samotność czyniła go w jakimś sensie wielkim, kiedy w taką ulewę wesoło trzaskał z bata. Jakby chciał nieistniejącym kupcom oferować swój niemodny już towar.
Autorem tekstu jest Zygmunt Szych

Dodaj komentarz